Pokazywanie postów oznaczonych etykietą life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą life. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2015

Wróciłam do prasowania

Składałam pranie i tak mnie wzięło. Chęć by rozłożyć deskę, włączyć jazz albo film jakiś sentymentalny... 
Wyjęłam żelazko. Wtyczka do gniazdka, para buch, matka w ruch. 
Wróciłam do prasowania... 
Sama się z tego śmieje. Bo ja jawna przeciwniczka, ja bijąca w głos, że to głupota i gra nie warta świeczki. I co za różnica równe, w kancik czy pomięte. 
A tu proszę, wzięła i wróciła do prasowania. 
Dobrze rokująca kariera poszła w kąt, a ja prasuję. Wróciłam choć nie wiem czy ja w tym kiedykolwiek byłam. 
Dobrze mi jak nigdy przedtem...

Łapię chwile i cieszę się, że brzoza pączki wypuściła. Sikorki uwiły gniazdo tuż przed naszymi oknami, zaglądam nieśmiało, podglądam ptasią mamę... 
Mam wrażenie, że to pierwsza wiosna w moim życiu. 
Niebywałe jak perspektywa niepracy zmienia wszystko. 


---

- Jeśli chcesz je oddać, to może mi je zostawisz? Niedługo już będą dobre! 





g.


sobota, 24 stycznia 2015

Przedszkole TU nie TAM

Z pamiętnika Matki Wariatki...
Wiosna 2014. Wrocław. Szukamy przedszkola.

Przedszkole 1. Państwowe. Duży ogród, piękna zieleń, szwedzki domek. I tyle w temacie Szwecji... Ale jednak zmylił mnie budynek i ten ogród zmącił moją czujność. W ciemnej salce grobowa cisza. Dzieci jedzą, cisza jak makiem zasiał. Pani niemowa, na zaczepne 'Dzień dobry' nie odpowiada, nawet nie bąknie. Ale już od progu zwraca uwagę, by Jagoda nie wchodziła do sali, bo w butach... J pyta mnie wcale nie szeptem, czemu ten chłopczyk tak w kącie siedzi, sam i je tak tyłem do wszystkich. Dobre pytanie...

Krótka rozmowa z Panią Dyrektor, która trochę się stara być miła. Na moje pytanie, czy te wszystkie łyżwy, baseny, angielskie, rytmiki i teatrzyki są obowiązkowe odpowiada TAK, stanowcze, nie znające sprzeciwu.

Łatwa decyzja.

Przedszkole 2. Prywatne. Ładne, czyste, błyszczące. Po holenderskim baraku, to jest wręcz idealne. Ciasne salki bez otwieranych okien. Dużo dzieci. Miła Pani Dyrektor, dużo rozmawiamy. Opowiadam jej o Holandii, o przedszkolach, o tym, że dzieci zajęć nie mają, że się tylko bawią. Pani wybucha śmiechem i pyta- A czemu takie coś ma niby służyć?? Papierki wypełniam jeszcze przy niej. Jagoda zachwycona uczestniczy w zajęciach. Jest tort, są urodziny. Jest trochę zdziwiona, że ja nie mogę do tej salki wejść. Ja trochę też. Już wiem, że niesłusznie. Czekam z pół godziny na korytarzu. O błogosławiony czasie! Najpierw te rysunki trzylatków trochę mnie dziwią, takie idealne, równe, nienaturalne. Potem dzieci z innych grup, w parach, w ciszy, szeptanie, zero śmiechów. Powaga Pań. I ogród. Sztuczna trawa (bo bezpieczniej!). Wyszłam pooddychać. Wychodzą średniaki, najpierw robią rundkę po deptaku, Pani staje przy bramce, dzieci ustawiają się jeden za drugim. I taka zabawa- 'Ala, jeden plus jeden?- 'Dwa!'- 'Super! Wchodzisz!' Pani wpuszcza Alę na 'wybieg' (plac zabaw), 'Kaziu, jaki kolor ma słońce?-eeee, eeee, nie pamiętam - 'Na koniec kolejki!'. Kaziu ze spuszczoną głową idzie na koniec kolejki. I pomyśleć, że już się umawiałam na poniedziałek... Że tylko podpisu S. brakowało... 

Przedszkole 3 i 4. Prywatne, elementy Montessori. Pierwsze daleko. Trochę żłobkowe, dzieci od 2-4 lat. Ciekawe zajęcia, rodzinnie. Ale daleko, za daleko...
W drugim Pani Dyrektor nie przestaje karmić piersią synka podczas godzinnej rozmowy, tylko piersi zmienia... Wychodzę na chwilę, bo musi go przewinąć. Oglądam, podglądam. Jagoda z dziećmi, udają pieski, a nie przepraszam- pieseczki i piją wodę w szklaneczkach, czytają książeczki i turlają tyłeczki. Nie mogę znieść tych zdrobnień i nigdy nie widziałam tak wynudzonej Jagody, ona wręcz prosi by już iść.

Przedszkole 5. Państwowe, dni otwarte. Nie mam zdania, bo nawet z nikim nie rozmawiam. Dzieci miały wejść i się czymś pobawić. Rodzice wejść i posiedzieć, poobserwować. Przecież zasady znane. I tak nie mamy szans na państwowe...

Przedszkole 6. Prywatne. Stary budynek, piękny teren. Dyrektor po Niderlandystyce, miło, ludzie wiedzą o czym mówię...  Jest jak każde inne, czyli ma za dużo zajęć dodatkowych. Dzieci jedzą w ciszy i w pośpiechu. Jestem zdesperowana i wybieram to, bo mamy blisko. Jagoda i ja wytrzymujemy tam 3-4 tygodnie. Płaczemy obie. A ja mam wrażenie, że moje dziecko już szkołę zaczęło. Angielski cztery razy w tygodniu, niemiecki dwa. Rodzice ponoć narzekają, że i tak mało zajęć dodatkowych! Napięcie na twarzach Pań, stres i napinka. Bardzo ambitnie. Po tygodniu Jagoda liczy po angielsku i niemiecku. Ale też pyta mnie przypadkiem czy 'Ogłuchłam'... Wieje chłodem. Pani zamyka mi drzwi przed nosem. Występy i klepanie wierszyków. Przy śniadaniu mówią Jej 'Przyspiesz, bo zaraz nauka!'. Właśnie tego chciałyśmy uniknąć. Polonez i apel w białych bluzkach i granatowych spódniczkach pomaga mi podjąć decyzję, by uciekać nim J się zaaklimatyzuje...*  

I już wiem, że miła dyrekcja ma się nijak do reszty. I nawet chęć zmian. Bo były. I rozmowy, to wciąż za mało, bo system kuleje. Bo rodzice tak chcą.
S. pyta dyrektorki, skąd pomysł, by uczyć trzylatki angielskiego? Pani nie wie co powiedzieć, tłumaczy, że w Polsce od dłuższego czasu jest już taki trend**...



* dużo innych rzeczy zaważyło o naszej szybkiej ucieczce...
** w Holandii dzieci zaczynają lekcje angielskiego w wieku siedmiu lat. Trzylatki taplają się w błotku na dworze i smarki zjadają ;)
   
Pewnie chcecie wiedzieć i co teraz? Próbowaliśmy jeszcze dostać się do jednego przedszkola państwowego, polecanego przez znajomych i faktycznie miłe wrażenie już po krótkiej rozmowie, ale miejsc brak. Miejsc brakowało też w paru innych polecanych miejscach. Ostatecznie jesteśmy w przedszkolu nr 3, które jest trochę za daleko. Ale na dzień dzisiejszy najważniejsze jest żeby minusy nie przysłoniły nam plusów ;)  

g.

sobota, 17 stycznia 2015

9 miesięcy

Dziewięć miesięcy, jak ciąża to trwało. Jakieś dziewięć miesięcy, żeby spojrzeć za okno bez bólu oczu. By przegryźć to wszystko w sobie. Nie żartuję, na prawdę, mniej więcej tyle czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do Polski. Prawie rok. I oczywiście, że wciąż tęsknie za Holandią. Za czym? Najbardziej za tym, czego tu nie mogę znaleźć. Za ceglanymi domkami, za równymi chodnikami (za chodnikami, na których auta nie parkują!), za rowerami, za klekoczącymi starymi rowerami, na których tłumy co dzień jadą do pracy, do szkoły, na uczelnie, na jakiś sport. Za ludźmi trzymającymi się za ręcę na tych rowerach, za pozdrawianiem się radosnym 'Hoi!'. Za ładem i porządkiem. Za tym, że o 9 Holender jest w pracy, a dzieci w żłobkach, że o 19 te dzieci idą spać, a o 10.30 jest przerwa na kawę. Za sklepami tęsknię... aa no nie spodziewałam się, że będę tęsknić za takim Albert Heijnem i nie mogę do dziś znaleźć odpowiednika w Polsce (mimo przesytu w ilość sklepów, sklepików itd.). Taak, tak, różnica w jakości produktów też jest i to nie bujda, serio ta sama kawa w Polsce a w Holandii jest nie do porównania. No więc tęsknie też za zapachem kawy na klatce schodowej, ale w zamian teraz wiem co który sąsiad je na obiad ;) 
Narzekamy w Polsce na wiele, ot taka mentalność, jak nie boli to nie żyję. Ale jednak...




Służba zdrowia polska kuleje. System do bani, kolejki do rejestracji, dodzwonić się nie idzie. Ale gdy już Ci się uda, to idziesz. Pani w recepcji nie diagnozuję Ci choroby przez telefon i nie decyduje za Ciebie, czy aby na pewno powinnaś widzieć się z lekarzem. Gdy już się dostaniesz do pediatry, to jest dla mnie wciąż jeden wielki zachwyt. Że lekarz ma do dziecka podejście, że miły jest po prostu. Że bada delikatnie. Nie chcecie wiedzieć jak wyglądało badanie gardła u naszego starego Holendra. Jagoda zaczynała płakać, gdy tylko otwierał drzwi do gabinetu. I co z tego, że wychodził z uśmiechem, rękę wyciągał na przywitanie. I zawsze to samo:
- Niemowlę gorączkuje od trzech dni, 39C. 
- Czego Pani ode mnie oczekuje?
- Hmm, no może by ją Pan zbadał? Osłuchał... może?? 
- Aa, ok, mogę... 


Teraz to jest pełen serwis i pełne badanie za każdym razem i naklejki dzielnego pacjenta i przemiła pogawędka i co najważniejsze Jagoda wchodzi i wychodzi z uśmiechem na ustach.. och, ach!* Jasne, gabinet wygląda paskudnie. Stare meble, stare biurko. I w pewnym sensie do całej Polski to się odnosi.. dość paskudnie, ale to podejście, ta swojskość, łatwość w kontakcie i brak uprzedzeń. 


Gdy pierwszy raz byłam u tego starego Holendra, od wejścia z uśmiechem powiedziałam, że nie mówię po holendersku. A on na to, że nie mówi po rosyjsku. Zatkało mnie, eee, ja też nie mówię po... ech. Zmienił podejście dopiero, gdy dowiedział się co robię w Holandii...  

Wierzę, że ten powrót pomimo wielu trudności, ma sens. Daleka jestem od zachwytu i zachwalania Polski pod niebiosa, ale to za czym tęskniłam i do czego chciałam wrócić - mam. Po drodze straciłam parę rzeczy, o których nie wiedziałam, że są dla mnie ważne. I to było i jest trudne. Ale w zamian dostaję coś innego, nowe doświadczenia i uczę się tego kraju od nowa, każdego dnia.

g.


* Muszę dopisać. J była mocno chora ostatnio (oo tak, zastanawiałam się jak będzie z Jej odpornością po przeprowadzce, ale to temat na osobny wpis). Byliśmy trzy razy u pediatry, w tym dwa na nocnym/świątecznym dyżurze. Trzy różne diagnozy. I antybiotyk dopiero przy trzeciej wizycie. Iście holenderskie podejście! No, prawie... Bo takiej ilości pseudo-leków jeszcze w domu nie miałam. 


PS. Od wakacji mam w szkicach wpis o polskich przedszkolach, o naszych różnych podejściach. O metodzie prób i błędów. Ktoś ciekawy? 

wtorek, 13 stycznia 2015

Dobrego Roku!

Jagoda zasnęła, wymęczona jakimś zmutowanym wirusem. W całym przedszkolu wczoraj trójka dzieci. Za oknem wiosna, ptaki kąpią się w kałużach, popołudniowe słońce już zachodzi nad blokami. A ja zerkam na naszą zmęczoną życiem choinkę i myślę, że zdecydowanie za szybko minęły te Święta i ten Świąteczny Czas. Było wyjątkowo. Pierwsza Wigilia w naszym domu! Pierwszy barszcz w białej kuchni. Pierwszy biały obrus i ciepłe światło świec. Pierwsze łyżwy i szopka ze zwierzątkami.
Potem Sylwester ze starymi przyjaciółmi z Polski i z Holandii, szóstka dzieci, krokiety ze Społem. Lambada i Wodzirej Stuhra. I jeszcze rodzinka i znowu znajomi. O rety, nie dziwcie się, że nas tu nie ma. Bo nie ma! Ale myślę o Was ciepło i przesyłam życzenia Dobrego Roku!




























Buziakiii!
g.

środa, 26 listopada 2014

From Poland with love

Godzina 20.00, osiedlowy sklep ogólnospożywczy, ciasne wnętrze, za ladą galeryjka napojów wyskokowych. Kolejka raz, dwa, trzy czy cztery osoby.
Pierwszy: - Monatę* poproszę! Pani ekspedientka gładko dłoń wyciąga i nawet się nie oglądając zza siebie wyjmuje odpowiednią buteleczkę.
Drugi- Monatę... I papierosy. Znowu to samo, hop dłoń do tyłu i raz dwa ze szklanego szeregu wychodzi ten jeden odpowiedni trunk. Mogłaby to robić też z zamkniętymi oczami, jestem pewna.
Wow, no bomba.
Trzeci- Monatę i dwa Żywce...
Moja kolej. Pot na plecach - Chleb żytni. I sto gram trufli...- Nieśmiało dukam. Co za paranoja**.





O tak, jestem w Polsce. Już sobie to dobrze przypominam. Zachciało mi się tych dziur na chodnikach, baa, jeśli w ogóle są chodniki to przecież i tak dobrze. Wylądowaliśmy na prl-owskim blokowisku***. Może to był ten błąd. Nie ma ochrony i szlabanu. Nie błyszczą kafle na korytarzu. Gdy pada okoliczne bloki robią się najpierw szare, potem czarne. Na szczęście w porównaniu z Holandią, tu nie pada ;) Czasem zamykam oczy i myślę, że można było to lepiej przemyśleć. Nie kupować mieszkania w ciągu jednego dnia i nie cztery lata temu, na przykład ;) Choć z drugiej strony mieszkanie lubię, jasne i fajne. Stare drzewa kukają nam w okna. Wschód słońca w sypialni. Może gdyby nie Ci ludzie, Ci co na chodnikach parkują, co łąkę rozjeżdżają i gdyby nie to błoto i reklamówki na drzewach. O tak, jestem w Polsce. Już sobie przypominam... 
Jest takie angielskie słówko 'struggle' i ono najlepiej opisuje moją adaptację. To trudna rzecz. Późną jesienią pewnie najtrudniejsza. I powoli uświadamiam sobie mój błąd, złe podejście. Bo ja chciałabym żyć tu tak jak tam. Jeździć rowerem tak samo komfortowo i bezpiecznie jak tam. Iść do państwowej przychodni i dostać to co się należy, tak jak tam. Chciałabym by nie było równych i równiejszych. I by Panie przedszkolanki nie pytały dzieci czy chcą wyjść na dwór ;)




*może nazwę przekręciłam?
**no jasne, że głupia ja. Z samej ciekawości powinnam tą Monatę wziąć. Nic straconego, mogę podskoczyć choćby dziś.
***może jak kupowaliśmy mieszkanie to tego blokowiska wokół nie było??? ;) W każdym razie w zaakceptowaniu estetyki wielkiej płyty bardzo pomogły mi książki-reportaże Filipa Springer. Znacie? Polecam zwłaszcza 'Wannę z kolumnadą', ale też i 'Zaczyn o Zofii i Oskarze Hansenach' i 'Źle urodzone'. Otworzyły mi oczy i szczerze pomogły. 
W przyszłym tygodniu na Dworcu Głównym ruszają Wrocławskie Promocje Dobrych Książek (link). W piątek 5 grudnia o godzinie 17.30 odbędzie się spotkanie z Filipem Springerem. Mam zamiar pójść i osobiście mu podziękować. A może ktoś z Was też się wybierze?

Ściskam, 
g.


czwartek, 18 września 2014

Zamiast rozwodu

Zawrzało i się zagotowało prawie od razu. Wśród zapachów nowości. Bo te kartony i wnęka za wąska, bo woda mało ciepła, a jak uchylisz balkon to słychać chyba cały Wrocław...
Koniec! Basta!- powiedziałam. Albo wakacje, albo rozwód!
Wybraliśmy wakacje. Przynajmniej na razie... 


Kocham Bałtyk. I Jagoda też! Tym razem nawet S. był zadowolony (bo on z tych 'górskich'). No i Tośka, Tośka też miała wspaniałe wakacje...

Pozdrowienia dla A., F. i Dziadka, zwłaszcza :)
g.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Bardziej tu i teraz

Siedzę sobie trochę z boku. Bardziej tu i teraz, od komputera trochę dalej. Ranki pachną kawą. Sobota znowu stuka Wysokimi Obcasami. Zbieramy kwiaty na łąkach i jest fajnie. Tata bywa w domu i jest tak rodzinnie, normalnie. Hałas dużego spoconego miasta już nie drażni, ale radość remontu i przeprowadzki miesza mi się jeszcze z tęsknotą i wrażeniem... Wrażeniem, że życie w Holandii było snem. Bajkowym snem. 

W międzyczasie Polska wciąga i zachwyca. Stare parki, kamieniczki... Tyle nowych miejsc. Odkrywanie bez końca. Bo powrót do kraju to nie powrót, to kolejna, inna emigracja...

Marzymy z przyjaciółką by tak zasiadać na starość...  
Truskawki, maliny, jagody... tych smaków po latach nie da się opisać, taaakie emocje :)
Cackam się z mieszkaniem. Każdy wybór to sprawa życia i śmierci. Z paru wyborów jestem wyjątkowo zadowolona :)
Naklejki Dzielnego Pacjenta. Dyplom za zbadanie gardła. Cuda na kiju! Szok, że można, że da się...
Jaga raczej zaaklimatyzowana :)
Spełnione marzenie- siatka na motyle
Łąki, dzikie łąki na parapecie
I dzikie dziecko na parapecie :)
Dużo ostatnio biegamy, to fakt... 
I jeździmy też dużo!

Deszcz jak to deszcz
J przejawia artystyczne zamiłowania. Taniec i zabawa w mima. Tak, tak w mima. Trzeba wrzucać pieniążki :)
No i rośnie. Czy to tylko moje wrażenie, że duża taka i dorosła?


g.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...